Czasem lepiej niczego nie oczekiwać...

Gdy w bibliotece zobaczyłam książkę „Jabłoń w ogrodzie morze jest blisko”, czyli rozmowę Małgorzaty Braunek z Arturem Cieślarem, wiedziałam jedno: MUSZĘ ją wypożyczyć. Czułam, że ta lektura zmieni moje życie, doda do niego odrobinę metafizyki, ujarzmi nerwy, rozbudzi wewnętrzną radość. Oczami wyobraźni widziałam siebie czytającą ją z kubkiem pysznej, gorącej herbaty w ręce. Uważałam, że będzie idealna na chłodny, deszczowy dzień albo na zmęczenie po całym dniu remontowania.

Być może to wina pogody… było tak upalnie, że na ciepłą herbatę nie miałam największej ochoty, a może z ulewą za oknem byłoby inaczej, a może trzeba być wypoczętym? Albo po prostu nie mieć żadnych oczekiwań? Którekolwiek wyjaśnienie przyjmę i tak nie zmieni ono mojego ogólnego wrażenia po przeczytaniu tego wywiadu. Rozczarowanie. Tak w bardzo dużym skrócie mogłabym zrecenzować tę książkę. To nie jest tak, że ta rozmowa nikomu nie będzie się podobać albo że nic nie wniesie do czyjegoś życia. Powstała, została spisana i wydana, przeczytana przez wiele osób i pewnie wśród nich jest mnóstwo entuzjastów i oczarowanych słowami, które przeczytali.

Mnie – na tym etapie życia – nie zachwyciła, a wręcz znudziła. Spodziewałam się przy niej „ogrzać”, tymczasem dostałam mnóstwo informacji na temat buddyzmu, a obraz Małgorzaty Braunek, który stworzył się na nowo w mojej głowie zupełnie odbiega od tego, który przez lata pielęgnowałam w swojej pamięci. I wiecie co? Pierwszy raz w życiu żałuję, że coś przeczytałam. Wcześniej uwielbiałam tę aktorkę.  Teraz jednak mam mieszane uczucia. Ale w sumie… artysta ma budzić niepokój sumienia i kontrowersje, dzięki temu powstaje sztuka…

Co podobało mi się w książce?

- wybór poezji,

- okładka,

- zdjęcia.

Co mi się nie podobało?

- niestety cała reszta…